Zdjęcia udostępnione przez bohaterkę

O twórczości dramaturgicznej

Chciałam spróbować swoich sił w dramaturgii jeszcze w Mińsku. Oglądałam różne laboratoria dramaturgiczne. Raczej z reżyserskiego punktu widzenia, ponieważ czasem mam problem ze znalezieniem konfliktu albo z jego budowaniem — bliższe są mi systemy zerokonfliktowe.

To mój kierunek: lubię, kiedy nic się nie dzieje, czuję w tym więcej symbolizmu.

Ciekawie było podejść do stworzenia tekstu, w którym konflikt jest wypisany. Myślałam, że w pewien sposób pomoże mi to wejść na nowy stopień w reżyserii, a potem znowu planowałam wrócić do bezkonfliktowości. Wcześniej w Mińsku dużo pracowałam z tekstami, ale bardziej z redaktorskiego punktu widzenia: na podstawie cudzego tekstu mogłam zrobić adaptację albo wszystko przepisać od początku do końca. Teraz chciałam spróbować napisać sztukę z dialogami samodzielnie — i tak powstało „10 godzin prosto do domu”.

O temacie emigracji w dramaturgii

Paradoks polega na tym, że nigdy nie chciałam robić niczego na temat emigracji. O emigracji zawsze rozbrzmiewa jakiś lament: „O Boże, jak smutno”. Takie cierpienia nie są mi bliskie. Oczywiście rozumiem, że może w ten sposób psychika broni się przed bólem i wszystkimi strasznymi rzeczami. Tak się złożyło, że pracując w barze w Gdańsku, usłyszałam wiele różnych historii i myśli od gości albo znajomych. Wtedy pomyślałam, że bardzo rzadko ktoś zastanawia się nad tym, co sprowokowało emigrację. Wiadomo, że niektóre rzeczy leżą jakby w podkorze. Ale na przykład Amerykanie nie myślą o losie Meksykanów. Dlaczego ci stają się emigrantami? I postanowiłam napisać sztukę „10 godzin prosto do domu” o losach trzech Białorusinek, które znalazły się w jednym miejscu na emigracji. Dla mnie samej ważne było zrefleksować to osobiście i przypomnieć sobie pewne momenty, żeby po ich odkorkowaniu mogły odetchnąć.

O wyborze języka sztuki

Kiedyś zaczęłam spierać się z kimś w komentarzach na ten temat. Nie podoba mi się nacjonalizowanie języka. Mówię to jako osoba, która mówi po białorusku wśród ludzi często mówiących po rosyjsku. Jest język w naszej głowie. Coś pisze się po rosyjsku, coś po polsku, coś po białorusku. Dotyczy to tekstów zarówno muzycznych, jak i dramatycznych. Tak, sztuka „10 godzin…” od razu brzmiała u mnie po białorusku, choć na emigracji niemal nikt nie mówi po białorusku. To też pewne kłamstwo. Wydaje mi się, że sztuka rodziła się po białorusku, bo to działało z punktu widzenia konfliktu i tematów. Sztukę Niechęć od razu pisałam po polsku, potem redagowałam i przetłumaczyłam na rosyjski. Dla mnie to absolutnie nie jest tekst po białorusku. Język polski jest bardziej wyrazisty dźwiękowo, ciekawie pobawić się w nim twardymi głoskami, a po drugie potrafi tworzyć w tekście tak samo beztlenowy świat jak rosyjski.

O tożsamości narodowej w twórczości

„Czy uważam się za Białorusinkę?” — oto jakie może być pytanie. W ogóle trudno mi przyklejanie sobie jakichkolwiek etykietek. Żeby nazwać siebie reżyserką, walczyłam trzy–pięć lat. Nie lubię wypinać paszportowości, dla mnie to strefa konfliktu. Oczywiście urodziłam się na Białorusi. Jeśli patrzeć z punktu widzenia dokumentu, nie jestem Białorusinką, nie mam paszportu. Jeśli patrzeć ze strony polskiej, jestem Białorusinką. Jeśli patrzeć na to, o czym piszę kolejną sztukę, jestem białoruską dramaturgżką. Bardzo wiele ocen. Dlatego pytanie „Czym jest białoruska dramaturgia?” jest dla mnie niepproste. Nie wiadomo, czy włączą moje teksty do białoruskich antologii.

O tematach, które są teraz bliskie i dlaczego badasz je w sztukach

Często myśląc o światowym złu, zastanawiałam się, skąd ono się bierze. W sztuce „Jak pozbyć się wstydu, albo niemiłość” ciekawie było stworzyć przestrzeń niemiłości i zrozumieć, czy uda się przekształcić ją w miłość, nie dodając tam specjalnie konfliktów. Wydaje mi się, że w niemiłości nie ma konfliktów, sporów. W języku polskim jest dobre słowo „niechęć” — to wtedy, gdy niczego się nie chce, taka obojętność, gdy w przestrzeni niemiłości nic nie rośnie, niczego tam nie ma. Ciekawie było pomyśleć, co dalej z tego może wyniknąć.

W dramacie Echo kamienic przejawiła się moja głęboka miłość do Gdańska, do jednej ze starych jego dzielnic. Czytając o przeszłości Śląska albo Pomorza, zrozumiałam, że znajduję więcej połączeń, które mnie identyfikują, niż w historiach Białorusinów z Podlasia. Oczywiście może to być związane ze mną jako człowiekiem. Dla mnie historia Trójmiasta stała się odzwierciedleniem tego, co działo się i z Białorusią ogólnie, i z tym, co przeżywałam osobiście. Zaraz po przeprowadzce nie mogłam tego odróżnić. Kiedy zaczęłam badać gdzie, skąd, dlaczego: ruch Solidarności, ciągły podział terytorium, poczułam w tych ziemiach jakby niczyjość. Której epoki nie weźmiesz, od pierwszych zdjęć Dolnego Miasta, ciągle trwa wojna: tam pułk przychodzi, tam odchodzi, nieustanna walka Prusów, Niemców, Polaków o te ziemie i próba tego regionu, by być jakimś innym regionem. Przy tym ludzie szukają swoich korzeni na tych odległych terytoriach, po prostu chcą kochać i żyć, a wojna i zmiany polityczne nigdy się nie kończą.

O projektach teatralno-muzycznych na podstawie białoruskiego materiału

Tu połączyły się marzenia i pragnienia związane z moim niedopełnieniem jako muzyczki. Bardzo lubię muzykę. Jedna z krytyczek, która była na trzech moich czytaniach, zauważyła: „O, dużo uwagi poświęcasz muzyce”. To specyfika mojego odbioru tekstów. Poezja rozstrzelanych poetów stała się spektaklem muzycznym „Rozstrzelani”. Gdybym miała dużo pieniędzy i niezbędne umiejętności, białoruska sztuka „Wyjdę z lasu, wyjmę kręgosłup i będzie mi zamiast miecza” byłaby operą wizualną, ale przy minimalistycznych środkach powstał album z singlami i teledyskami „Chrybiet” („Kręgosłup”). Na podstawie dzienników Anastasiyi Rydleuskayi powstał performans muzyczno-wizualny, który pokazałyśmy w Gdańsku w Karma Bar i w Poznaniu w barze MY. Połączyłam wspomnienia białoruskiej artystki o wydarzeniach 2020 roku na Białorusi, własną emigrację i przyjaciół, wojnę i depresję w tekst poetycki, napisałam do niego muzykę i wykonałam wokalnie.

O uznaniu i rywalizacji konkursowej

Kiedy dowiedziałam się, że weszłam na long-listę [konkursu Dramatyzacyja — red.], uśmiechnęłam się. Mam ogromne problemy z ocenianiem siebie. Wydaje mi się, że wielu ludzi myśli, że ktoś zrobił lepiej niż oni, że im jeszcze nie wystarcza. Jeden z powodów, dla których dalej to robię: by zagłuszać te wewnętrzne głosy. Potrzeba trochę czasu, żeby po prostu powiedzieć sobie: „Świetnie, jesteś zuchem!”.

Wydaje mi się, że istnienie Konkursu dramaturgii jest ważne. Na tej podstawie może wyrosnąć coś ciekawego. Istnienie instytucji i rywalizacja konkursowa sprzyjają pojawianiu się nowych utworów i projektów. Taka praktyka jest rozpowszechniona w Polsce. Z czasem pojawi się prestiż udziału i zwycięstwa.

Z jakim projektem wygrała Stypendium GaudePolonia

Pracowałam nad Nadberezyńcami Floriana Czarnyszewicza. Mikita Ilyinchyk poradził mi tę epicką powieść o życiu szlachty nad rzeką Berezyną na początku XX wieku. Kiedy rozmawiałam o tej książce z polską filolożką, dziwiła się: „Boże, jakie nudne książki ci się podobają” — a mnie naprawdę się spodobała. Przeczytałam tę ogromną powieść trzy razy, żeby zrobić inscenizację o życiu na terenach przygranicznych tzw. Kresów Wschodnich. Pewnie poruszyła mnie słowna dokumentacja ówczesnego życia.

O performatywnym czytaniu białoruskiej sztuki „K*rwa” w Warszawie

Czasy się zmieniły, bardzo czuć, jak zmienia się etyka w odniesieniu do tematu kobiecego, języka wypowiedzi, odbioru widzów.

Kiedy w Mińsku 6 lat temu robiliśmy czytanie tego samego tekstu, nie było takiej troski o widzów. Teraz trudno było pozwolić sobie na użycie niektórych zwrotów. Dla fem-artowego festiwalu ROAR WOMEN ta sztuka bardzo pasuje. Ciekawie było spojrzeć z perspektywy czasu, jak zabrzmi tak mocny, kontrowersyjny tekst z punktu widzenia współczesności. Jest wiele świetnych białoruskich sztuk, ale nie tak wiele osób je zna. Robiliśmy performatywne czytanie z polskimi napisami, bo polskie społeczeństwo jest zainteresowane białoruską dramaturgią, i chciało się pokazać jej swoistość.

O rytualności podczas tworzenia sztuk

Przeszłam już w tryb staruszki: zasypiam wcześniej i budzę się o siódmej–ósmej rano. Fizycznie bardziej mi to pasuje. Kiedy piszę, bardzo lubię robić to nocą. Nie wiem, jak ludzie robią coś w dzień, oprócz spraw kapitalistycznych (śmieje się), w stylu popracować, pójść na siłownię, a potem jeszcze zajmować się twórczością. To nie mój styl. Lubię usiąść w domu, zapalić świecę, włączyć dziwną muzykę. I w ciszy, gdy nikt do ciebie nie napisze, nie trzeba sprawdzać telefonu i maila, zaczynam pisać. Co prawda przeszkadza mi nieusidloność — mogę pisać, potem coś sobie przypomnieć, poguglać, ale wysiłkiem wracam do pracy. Nocą czas odbiera się inaczej. Kiedy ważne jest coś dopisać, mogę pracować do samego rana — wtedy czasem następuje przejście w bezsensowne, ale potem wracam do sensownego. Czasem wychodzą takie swoiste maratony.

O ważnych sensach w twórczości, które będą aktualne w przyszłości

Wszystko, o czym myślę i co robię, jest po to, by ludzie czuli nadzieję i siłę, mogli dogadać się ze sobą, by mieli pragnienie miłości — ogólnie, by miłość była i się mnożyła, bo bez tego zdarza się to, co widzimy teraz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *